niedziela, 9 października 2016

Chicago part 1

Cześć :)

Nadszedł 19 sierpień co wiązało się z zakończeniem pracy na Campie. Trzeba było się pożegnać z pracownikami Campu i z samym Campem. Zaczął się natomiast czas podróżowania, ale zanim do tego przejdę dorzucę kilka dodatkowych informacji, które są powiązane ze wszystkimi kolejnymi postami. 

W ostateczności podróżowałam z 3 osoby z Czech. W związku z tym razem decydowaliśmy gdzie jedziemy i jaki sposób podróżowania wybieramy. Można powiedzieć, że planując wszystko na Campie staraliśmy się wykorzystać każdy dzień na to, aby zobaczyć jak najwięcej. Zdecydowaliśmy się na wykupienie dwóch wycieczek, ponieważ w stosunkowo krótkim czasie mogliśmy zobaczyć dużo miejsc, nie płacąc zbyt wygórowanej ceny. Wszystko rezerwowaliśmy i kupowaliśmy będąc jeszcze na Campie. Robił to jeden z pracowników Campu automatycznie odejmując nam wydane pieniądze z naszej wypłaty. Oczywiście mogliśmy też sami sobie rezerwować i kupować wycieczki lub hostele, ale nie mieliśmy kart kredytowych, wiec ciężko byłoby za to wszystko zapłacić, a za rezerwacje hostelu trzeba było zapłacić zaliczkę, natomiast za wycieczki zapłacić w całości. 

Gdybym wybierała się na Camp raz jeszcze już w Polsce zorientowałabym się kto kończy pracę w podobnym do mnie terminie i chce zobaczyć to samo, abyśmy mogli już z Polski zarezerwować hostele lub przelot samolotem i inne tego typu rzeczy. W takim wypadku prawie całą zarobioną kasę mogłabym wydać na inne rzeczy lub przywieźć do kraju. Poza tym im wcześniej rezerwujesz hostel lub przelot samolotem tym mniej płacisz (przeważnie). Będę starała się wpisać, o tyle o ile pamiętam co ile kosztowało.    

Chicago Parthenon Hostel ten poleciły nam osoby, które były na Campie kolejny raz, więc było to sprawdzone miejsce. Podczas rezerwacji mieliśmy do wyboru wiele różnych pokoi. Były to kilku lub kilkunastoosobowe pokoje, jak również pokoje prywatne dla 4 osób. Taki pokój był w miarę przystępnej cenie, bo 34$ za noc. Łazienka była ogólnodostępna, tak samo jak dostęp do wody pitnej. Cena za pokój zawierała również śniadanie. Był to bufet, który składał się z jajecznicy, bekonu, kiełbasek, jak również chleba, który można było sobie opiec, masła i dżemu. Można również sobie wybrać płatki z mlekiem, oczywiście była również kawa i herbata. Miło było zjeść sobie śniadanie bez spieszenia się do pracy i w ubraniach, w których się potem pracowało. Można było po prostu się zrelaksować przy śniadaniu.   


Źródło: Własne
Nasz hostel położony jest w samym sercu Greektown. W okolicy znajduje się mnóstwo sklepów, restauracji i klubów nocnych. Jest kilka przecznic od centrum Chicago, blisko Michigan Avenue, Instytutu Sztuki, Navy Pier, muzeów, Millennium Park oraz jeziorem Michigan.

Wracaliśmy do Chicago przez Milwaukee, ponieważ jedna z dziewczyn zostawała na kilka dni u kucharzy z naszego Campu. Resztę z nas zawozili do Chicago na lotnisko O'Hare. I można powiedzieć, ze tutaj zaczęła się Wielka Przygoda, Wielkie podróżowanie i poznawanie USA. 
Z lotniska dotarliśmy metrem do naszego hostelu Parthenon. Mieliśmy bezpośredni pociąg z lotniska.  

niedziela, 25 września 2016

Camp Ojibwa CD...

Cześć :)

Czas na campie mijał powoli. Większość czwartkowych popołudni miałyśmy wolne. Jednego z nich, chciałyśmy z kolegą ze Szkocji pojechać do miasteczka, ale nie pamiętam jakiego, bo w końcu nie pojechaliśmy. Szalone Polki (czyt. ja i moje koleżanki) po raz kolejny przeszły cały Camp wzdłuż i wszerz. A na końcu poszłyśmy na plażę nad jeziorem i robiłyśmy sobie zwariowane zdjęcia. Tak zaczęła się moja przygoda ze skakanie w różnych miejscach.


Źródło: własne

Kolejnym ciekawym wydarzeniem na campie dla nas było niedzielne ognisko podczas, którego robiliśmy s'mores. Jak już wcześniej pisałam są to pianki marshmallow opiekany nad ogniem podczas ogniska z czekoladą pomiędzy kawałkami herbatników. Po zjedzeniu jeszcze przez dość długi czas siedzieliśmy gadając o wszystkim i o niczym. Byliśmy tam do zmroku i potem oglądaliśmy niebo i spadające gwiazdy :)


Camp jako, że przyjmował osoby z obcego kraju mieli obowiązek przedstawić nam kulturę ich kraju i zapewnić jakieś atrakcję poza pracą na Campie. Tego typu atrakcją była wycieczka nad wodospad Bond w stanie Michigan, który znajdował się około 1h jazdy samochodem z naszego campu. 


Źródło: własne
Jest tam przygotowana droga, że można obejść wokół cały wodospad. Dzięki czemu można zobaczyć wodospad z każdej strony i perspektywy. A zarazem odpocząć od osób, z którymi się przebywa od kilku tygodni non stop. 

Pomimo bycia tam zaledwie przez kilka godzin naładowałam baterię na kilka następnych tygodni. Spojrzałam na kilka rzeczy z innej perspektywy i mogłam ponownie cieszyć się z przebywania w Stanach. 
Z wodospadu pojechaliśmy jeszcze na plaże niedaleko. Tam trochę pomoczyłyśmy stopy w wodzie i był to swego rodzaju dalszy psychiczny odpoczynek.

Ostatni nasz wypad z Campu, o którym chciałabym napisać kilka słów to Vilas County Fair, czyli Wesołe Miasteczko. Pojechaliśmy tam całą ekipą. Było to już po zakończeniu turnusu, więc nie mieliśmy żadnych ograniczeń. Tam wyglądało to trochę inaczej niż u nas. Wejście na teren Wesołego Miasteczka był dla wszystkich za darmo. W kasie kupowało się kupony i chyba 1 kupon był za 1$. Były kolejki, z których można było skorzystać za 1 kupon. Jednak te najfajniejsze były za 3 kupony. Większość z nas poszło na 3 kolejki i zabaw była fantastyczna. 
Po zabawie w Wesołym Miasteczku pojechaliśmy do Eagle River do baru, w którym na samym początku razem z koleżankami wygrałyśmy bon na 50$ i wykorzystaliśmy go.  Kilka dni później wyruszyliśmy w podróż do Chicago, gdzie rozeszliśmy się w różne strony.

sobota, 10 września 2016

Wildwood Wildlife Park

Cześć :)

Turnus sobie trwał w najlepsze. Z lepszą lub gorszą pogodą, aż dobiegł końca. A przynajmniej pierwszy turnus się zakończył. Uroczystość zakończenia odbyła się po zmierzchu, ale zanim to się odbyło, dzieci z każdego domku miały przygotować jakiś swój symbol z kawałków materiału. Pewnie zastanawia Was dlaczego. Dowiedzieliśmy się o tym, podczas uroczystości zakończenia. Oczywiście była przemowa ze strony Dyrektora Camp a później te symbole były palone, podobnie jak napis "Camp Ojibwa", który również był przygotowany. Fantastycznie to wyglądało. Nie pamiętam teraz jakie powody były tego palenia, ale podejrzewam, że było jakieś głębsze znaczenie ;p.

Właściciele zapewnili trochę rozrywki również nam. Mianowicie byliśmy w Wildwood Wildlife Park w miasteczku Minocqua. Wyjeżdżaliśmy po lunchu. Gdy dojechaliśmy na miejsce, przez sklep przeszliśmy do ZOO i na samym początku przywitały nas kozy :) Małe, słodkie kózki. Niektóre z nich były bardzo młode. Nie bały się ludzi i chodziły samopas, tak że mogliśmy je pogłaskać.
Kolejnym zwierzęta, które odwiedziliśmy to sowa, gigantyczny królik oraz sarny. 


Źródło: własne 
Dalej w kolejności były papugi, wśród których zrobiłam sobie zdjęcie. Zwiedzaliśmy kolejne zakątki parku zoologicznego i zobaczyliśmy żyrafy, zebry, lamę oraz robiliśmy sobie zdjęcia sprawdzając rozpiętość naszych ramion. Moja rozpiętość ramion, podobnie jak większości dziewczyn odpowiadała indykowi.


Źródło: własne

Po takich sesjach, przeszliśmy na dział z gadami. Widzieliśmy różnego rodzaju jaszczurki, krokodyle, węże i inne takie.
W ZOO zbliżaliśmy się do końca naszej wycieczki, ponieważ mieliśmy ograniczony czas. Mieliśmy zaplanowany również obiadokolację w restauracji w tym mieście.
Jedliśmy w Paul Bunyan's Cook Shanty. Jeśli chodzi o sam obiad, to nie było to nic specjalnego. Mam na myśli, że obiad był taki sam jak u nas na campie. Mianowicie: żeberka, kurczak, mashed potato, babeczki kukurydziane, kukurydza gotowana oraz chałka.
Chcieliśmy jeszcze pochodzić trochę po miasteczku, ale pogoda się popsuła i padało i musieliśmy wracać do nas na Camp.
I do pracy...

sobota, 13 sierpnia 2016

Camp Ojibwa - Dzień Niepodległości w USA

Cześć :)

Czas na Campie płyną dość szybko. Aż zbliżył się koniec czerwca. W Stanach Zjednoczonych 4 lipca obchodzone jest Dzień Niepodległości. Nie wiem jak zwykle wygląda w USA Dzień Niepodległości. Gdy byłam w Stanach 4 lipca wypadał w ciągu tygodnia. 

My mieliśmy okazję obchodzić Dzień Niepodległości w niedzielę poprzedzającą to święto. Nasze szefostwo z Campu zabrało nas do miasta, St. Germain. Jest to miasteczko w tym samym hrabstwie co Eagle River. Oddalone o jakąś godzinę jazdy samochodem. W miasteczko poszliśmy na zakupy. Nasza "polska" ekipa kupiła jakieś 2 butelki wina, chipsy Pringle's, po jednej paczce z każdego smaku i orzeszki ziemne. a potem siedzieliśmy na boisku, na placu na trawie. Przez większość czasu po prostu siedzieliśmy, rozmawialiśmy, żartowaliśmy i po prostu odpoczywaliśmy. Każde z nas snuło swoje oczekiwania, co do tego jakie piękna i wspaniałe będą fajerwerki, na które czekaliśmy. Naprawdę spodziewaliśmy się czegoś niesamowitego, czekaliśmy na coś czego jeszcze nigdy nie widzieliśmy. Natomiast kiedy nadszedł moment na fajerwerki... były one całkowicie zwyczajne. Nie było w nich nic nadzwyczajnego, ani specjalnie duże, ani nie układały się w żadne napisy.



Źródło: własne

Przejdźmy jednak do właściwego Dnia Niepodległości i tego co 4 lipca działo się na Campie. Tego dnia lunch jedliśmy na dworze. Każdy sam sobie przygotowywał hot-doga. Na deser był arbuz i lody. Poza tym dzieci z każdego domu musiały przygotować jakąś atrakcję. 
Jeden z domków przygotował kule lodowe, które polewało się syropem i zmieniały kolor na ten zgodny z kolorem syropu jak i tez smak. jednak większość zabaw była powiązana z  rzucaniem czymś w kogoś jak i też aby ta druga osoba była jak najbardziej mokra. Można powiedzieć typowe zabawy dla dzieciaków, w szczególności płci męskiej. :D

A dorosłe towarzystwo wieczorem wybrało się do klubu na imprezę. Było to chyba pierwsze wyjście, na które wybrali się (chyba) cały kitchen staff (czyli ja +osoby pracujące ze mną na kuchni) i była to jedna z lepszych imprez. Tłum ludzi, bo zjechało się tam chyba całe miasteczko i chyba było nawet sporo osób od nas z Campu :)

niedziela, 24 lipca 2016

Camp Ojibwa Again

Cześć :)

Wracamy na camp.
Chciałabym napisać trochę o tym co działo się na campie. Przeważnie było spokojnie (o tyle o ile może być w miejscu gdzie jest ponad 200 chłopaków) i nie zbyt wiele się działo. Jednak my jakoś sobie ten czas organizowaliśmy. Tutaj wole się skupić na naszych wypadach po najbliżej okolicy.

Przed wyjazdem ostrzegali nas, żebyśmy w czasie pracy nie spożywali alkoholu i bardzo uważali na to co robimy. Wtedy bardzo się tym przejmowałam i miałam zamiar uważać. Rzeczywistość na moim Campie wyglądała z goła inaczej. Gdy zapadał mrok nikt się nie przejmował tym tym co wolno, a co nie. Opiekunowie na campie byli w gorszej sytuacji niż my, bo mieli zajmować się dziećmi i dla nich skończyłoby się gorzej, gdyby ktoś ich przyłapał na byciu pijanym. My po pracy i poza terenem campu mogliśmy robić co chcieliśmy, byleby tylko stawić się o ustalonej godzinie w pracy i być w stanie pracować. Pomocne było, że nasza bezpośrednia przełożona - Supervisor - chodziła na imprezy razem z nami.  

Prawie zawsze przed wyruszeniem na taką imprezę, spotykaliśmy się z Consoullerami (opiekunami) w domku na przy bramie Campu. Małe before party, a potem organizowaliśmy się jak pojechać na imprezę do miasteczka. Było tylko jedno miejsce, gdzie odbywały się takie imprezy Gee O's. Wstęp był dla wszystkich, ale przy wejściu sprawdzali dowody i czy możemy pić (W USA można spożywać od 21 lat). Ci, którzy byli powyżej 21 lat dostawali pieczątkę na rękę. Ceny na studencka kieszeń, muzyka przy której można się pobawić i wyszaleć, towarzystwo tez znakomite. To były jedne z lepszych imprez w moim życiu. Trzeba tylko patrzeć, kiedy zaczyna się robić mniej tłocznie, bo to oznaczało, że ludzie wracają do Campu. Gdybyśmy sobie nie przypilnowali powrotu, to mielibyśmy bardzo ładny spacer. Na szczęście zawsze mieliśmy transport powrotny, tylko czasami były to ekstremalne warunki jak bagażnik.

Kilka razy byliśmy na imprezach. Podczas pierwszego turnusu przeważnie były to soboty, a w drugim w piątki. Miło było raz na tydzień oderwać się od wszystkiego.  


Żródło: foursquare.com

sobota, 9 lipca 2016

Eagle River 2

Cześć :)

Chce Wam dzisiaj opowiedzieć o mojej drugiej wyprawie do Eagle River. Czy ciekawsza? Sami ocenicie. Dla mnie to na pewno były nowe doświadczenia. nowa przygoda. Chociaż od jakiegoś czasu każdy dzień uważam za nową przygodę, nowe doświadczenie.

Ale wracając do tematu. Eagle River. Druga wyprawa do miasteczka miała miejsce tydzień później. 

Tym razem nasz pobyt był znacznie dłuższy. Wyjechałyśmy po południu. Tym razem sklepy nas nie interesowały. Wszystko miałyśmy na miejscu, poza tym w ciągu tygodnia byliśmy w Walmarcie w Rhinelander i mogliśmy dokupić to co potrzebowaliśmy. Jechałyśmy we trzy, dołączyła do nas koleżanka z Węgier, bo chciała z nami przejść się po Eagle River. Zawitałyśmy do tamtejszego pubu. Usiadłyśmy przy barze i zamówiłyśmy drinki. W knajpce były maszyny do gry, ale nam barmanka zaproponowała inną zabawę. Miała tablicę z pozakrywanymi kartami, aby wygrać musiałyśmy znaleźć 3 Asy. Postanowiłyśmy, że każda z nas wybierze po jednej karcie z każdej kolumny i każda z nas wybrała Asa. Takim sposobem wygrałyśmy 50$ do wykorzystania w barze. I już wtedy stwierdziłyśmy, że raczej nie uda nam się tego wydać i miałyśmy nadzieje, że uda nam się całą ekipą kiedyś przyjechać i skorzystać z tej nagrody.


Źródło: Własne

Później koleżanka z Węgier musiała wracać, bo nie miała dnia wolnego i trzeba było przygotować obiadokolację. My natomiast poszłyśmy do kina tam zwanego "Theatre" na "Maleficent" (Czarownica). Maiłyśmy to zaplanowane, bo tak naprawdę co można robić w takim miasteczku? Szczególnie, że to był nasz początek pobytu tam i byliśmy głodni wrażeń, poznawania USA. Stwierdziłyśmy, że nie ma co wracać na Camp tylko zaczerpniemy trochę kultury. W kinie zakupiłyśmy popcorn i colę, bo jakby inaczej. Miałyśmy też świadomość, że na camp możemy przybyć po kolacji, więc nie będziemy miały co zjeść. 
Po zakończonym filmie wracałyśmy na camp. I miałyśmy bardzo miłą niespodziankę:


Zdjęcie mojego autorstwa

Mała rzecz a cieszy :):)



sobota, 18 czerwca 2016

Eagle River

Cześć :)

Jak już pisałam, w którymś z poprzednich postów na Campie Ojibwa spędziłam około trzech miesięcy. Ten Camp znajduje się nie daleko miasteczka Eagle River i to na nim się teraz skupię. Właściwie to w moich późniejszych postach będzie się przewijać temat Eagle River i campu. Chce zachować chronologię wydarzeń, bo za każdym wycieczka, czy w okolicach campu, czy do miasteczka odkrywała przede mną coś nowego.

Pierwszy raz byliśmy w Eagle River w pierwszym tygodniu, właściwie ja w tym samym tygodniu byłam tam dwa razy.

Jak już wspominałam za pierwszym razem mało zobaczyliśmy i nie taki był nasz cel.
Drugi raz byłam w niedzielę w tym samym tygodniu. Dlaczego w niedzielę? Ponieważ w niedzielę miałam dzień wolny razem z koleżanką. Każdą niedzielę, nie tylko tą miałyśmy wolną, ale na razie na tej pierwszej niedzieli się skupię.

Plan był prosty... zobaczyć co jest w Eagle River. Nie wiem jak wy, ale ja doceniam i widzę piękno w wielu rzeczach i miejscach. Jestem typem, który cieszy się z małych rzeczy. 
Pisze o tym, bo niektórym w małym miasteczku nic się nie podoba i są fanami wielkich miast.

Ja w Eagle River odkryłam jakieś piękno. Urzekło mnie swoją prostotą i może samym tym, że mieściło się za "wielką wodą" i wszystko, co tam było, było inne, albo takie mi się wydawało. Z drugiej zaś strony w tym małym miasteczku znajduje się kino, mnóstwo sklepów z ciuchami i księgarnie. Gdzie w Polsce w małych miastach trudno znaleźć kino, czy księgarnie (jeśli się mylę to proszę poprawcie mnie). 

Podczas około 3 miesięcznego pobytu na Campie, Eagle River odwiedziłam kilka razy. Teraz chcę opowiedzieć trochę o tej drugiej "wyprawie". Wydaję mi się, że wtedy zobaczyłam najwięcej. 
Razem z koleżanką po śniadaniu wsiadłyśmy na rowery i pojechałyśmy do miasteczka. 


Źródło: Własne
Zajechałyśmy pod sklepTrig's, gdzie sprawdziłyśmy dokładniej asortyment i kupiłyśmy kilka rzeczy.
Chciałyśmy znaleźć pocztę, bo właściwie każdy z nas prędzej lub później chciał wysłać do kogoś list lub pocztówkę. 
Tamtego dnia pojechałyśmy poza centrum miasteczka i trafiłyśmy na tamtejszą szkołę średnią. Zatrzymałyśmy się tam na dłuższą chwilę, aby chwilę odpocząć, porozmawiać i nacieszyć słońcem.


Źródło: Wikipedia
Z racji zbliżania się godziny 17 (w niedzielę godzina dinneru) wsiadłyśmy na rowery i zmierzałyśmy w drogę powrotną.

piątek, 3 czerwca 2016

Camp Ojibwa - Desery :D

Cześć!

Pewnie macie już dość tego okropnego,fast foodowego jedzenia. No chyba, że jesteś łakomczuchem... Jeśli należysz do drugiej grupy... mam coś co może Ci się bardzo spodobać. Mianowicie desery. Na Campie po lunchu i obiadokolacji były desery. 

Dodatkowo każdego wieczoru, każdy domek zabierał z kuchni ciasteczka, a do ciasteczek mleko czekoladowe i normalne. Tak zwane chocolate chip cookie, czyli ciasteczka z groszkami czekoladowymi. Na campie właściwie były to już zamrożone ciasteczka, które tylko się piekło. Jednak takie ciasteczka można zrobić też w domu, z takich składników: cukier biały i brązowy, mąki, szczypta soli, jajka, proszek do pieczenia, ekstrakt waniliowy i kawałki czekolady. 


Źródło: Wikipedia

W każdy wtorek zamiast ciastek był shake, a właściwie Milk shake bar.
Powiedziałabym, że shake to była jedna ze zdrowszych słodkich przekąsek, ponieważ używane były owoce takie jak banan czy truskawki i mleko. W wersji mniej zdrowej był dodawany syrop czekoladowy. Dla osób które chciały na sam wierzch dodawana była bita śmietana.

Źródło: www.bobs.com

Drugą i chyba ostatnim zdrowym deserem jest arbuz.

Dobra to teraz przechodzę do tego, co większość dzieciaków (i nas dorosłych też) lubi najbardziej. Mianowicie, słodycze i ciasta. 

Pierwszym deserem o jakim chce napisać jest jabłecznik (ang. apple crisp). Wiele myślę mówić na ten temat nie trzeba. W Polsce przeważnie pod ugotowane jabłka z cynamonem i wieloma różnymi dodatkami kładziemy kruche ciasto. W USA tego nie było, ale na górze kruszonki było mnóstwo. Podawane z lodami.


Źródło: Wikipedia

Kolejnym deserem, który chce opisać jest pudding bananowy. W naczyniu na samym dnie ułożone były biszkopty, na nich bananowy pudding, na to znowu biszkopty i pudding, a na wierzchu ułożone były banany w plasterkach.


Źródło: Wikipedia

Następny deserem, także z bananami jest chleb bananowy (ang. banana bread). Istnieje wiele przepisów na chleb bananowy. Takimi podstawowymi składnikami są oczywiście banany, mąka, cukier, masło. Na campie pojawiała się taka podstawowa wersja, ale także wersja z groszkami czekoladowymi. Chleb sam w sobie jest słodki. 


Źródło: Wikipedia

Kolejnym deserem, jaki chciałabym opisać jest Blondie. Przypomina tradycyjne brownie czekoladowe. Blondie zawiera mąkę, brązowy cukier, masło, jajka, proszek do pieczenia i wanilii. Można dodać orzechy lub toffi.


Źródło: Wikipedia
Następne ciasto, które chce Wam przedstawić to Brownie. U nas w Polsce również zdobywa swoich fanów i staje się coraz bardziej popularne. Głównym jego składnikiem jest gorzka czekolada, ale pozostałymi składnikami są jajka, cukier, masło i trochę mąki. Czasami dodaje się także orzechy.


Źródło: Wikipedia

Kolejny deser, jaki chce opisać to babeczki (cupcake).W skład takiej babeczki wchodzi masło, cukier, mąka i jajka...  i oczywiście dekoracja. A ta zależy już od naszej wyobraźni...


Źródło: Wikipedia

Teraz chce powiedzieć kilka słów o galaretce (Jello). Właściwie tak jak u nas jest dostępna w formie galaretki, albo w proszku do samodzielnego przygotowania. Na campie mieliśmy dwa rodzaje czerwoną - truskawkową z truskawkami i pomarańczową z pomarańczami lub mandarynkami... już nie pamiętam niestety.


Źródło: Zdjęcia wykonane przez kolegę z campu
Następny deser składał się z ryżu preparowanego i rozpuszczonych marshmallow i masła lub margaryny, po angielsku nazywało to się tak: rice krisple treats. Nie znalazłam w naszym ojczystym języku tłumaczenia na tą nazwę.


Źródło: Wikipedia

Kolejnym deserem są s'mores... na to chyba nie polskiej nazwy. Z doświadczenia wiem, że są mega słodkie. Być może ktoś z was kiedy jadł coś w tym stylu. Ja pierwszy raz jadłam to w Stanach. Najczęściej robią to dzieci i dorośli też przy ognisku.  Pewnie zastanawia Was dlaczego akurat przy ognisku. Już Wam mówię... Bierze się pianki marshmallow i nabija się na kijki opieka nad ogniem. W trakcie tej czynności trzeba sobie przygotować herbatnik i czekoladę oraz drugi herbatnik. Gdy pianka już jest podpieczona to kładzie się je na herbatniku z czekoladą na górze kładzie się samego herbatnika i ściąga pianki pomiędzy tak jak na poniższym zdjęciu.


Źródło: Wikipedia

Następnym deserem jest churro. Churro to hiszpański deser i zwykle był wraz z taco lub fajitą. Churro smaży się w wysokiej temperaturze w głębokim oleju, a składa się z mąki pszennej, oleju i cukru. W smaku jest mięciutkie, przeważnie posypane cukrem pudrem.


Źródło: Wikipedia

Na koniec chce jeszcze powiedzieć o niedzielnych lodach (z ang. sundae). Mianowicie w okolicach południa przed jadalnią opiekunowie nakładali do miseczek lody, a dalej każdy mógł do tych lodów włożyć sobie to co chciał i na co miał ochotę.

sobota, 14 maja 2016

Camp Ojibwa Food III

Cześć :)

Dalej zostajemy przy jedzeniu podawanym podczas lunchu i obiadów

Pierwszą rzeczą, o której chciałabym napisać to babeczki kukurydziane są to babeczki z dodatkiem mąki kukurydzianej. Bardzo smaczne, w USA często podawane do mięsa, ale ja preferuję jeść je same.

Źródło: mytaste.pl

Następnie chciałabym opisać Mashed potatoes to takie nasze ziemniaki pure. Chociaż tam rzeczywistość wyglądała inaczej, bo była to jakaś papka z worka, która nie wyglądała apetycznie. Podejrzewam, że normalnie w domach mashed potatoes są robione z ziemniaków i śmietany, tak jak w wielu polskich domach.


Źródło: Wikipedia
Kolejną potrawą, o której napiszę, jest bardzo popularną potrawą również u nas z w Polsce. Są to mianowicie frytki akurat ta potrawa nie różni się niczym od frytek podawanych u nas. Smażone w głębokim tłuszczu, podawana posolone i z keczupem.


Źródło: Wikipedia

Pizza to kolejny popularny posiłek na campie. Z racji tego, że dzieci było dużo, wiec i pizz musiało być dużo... Ale nie były to własnoręcznie robione pizze, a przynajmniej większość z nich. W większości były to pizze mrożone. Jednak nasz pizza master Barney robił kilka pizz sam. Często przy tym pomagaliśmy no i zawsze udało nam się uszczyknąć jakiś kawałek.


Następnie chciałabym opisać Mashed potatoes to takie nasze ziemniaki pure. Chociaż tam rzeczywistość wyglądała inaczej, bo była to jakaś papka z worka, która nie wyglądała apetycznie. Podejrzewam, że normalnie w domach mashed potatoes są robione z ziemniaków i śmietany, tak jak w wielu polskich domach.


Źródło: Wikipedia


Czasami były również grillowane warzywa. Przeważnie w tym miksie znajdowała się marchewka, cukinia, fasolka szparagowa, kukurydza.

O ile mnie pamięć nie myli to co dwa dni była gotowane kolby kukurydzy. Można było sobie dowolnie je solić i wcinać.
Kolejna potrawa jaką chciałabym opisać to grilled cheese. W dosłownym tłumaczeniu to grillowany ser, w praktyce są to plastry sera włożone w dwa kawałki chleba tostowego i usmażone na patelni. Przeważnie były podawane razem z zupą pomidorową.


Źródło: Wikipedia
CDN...

niedziela, 1 maja 2016

Camp Ojibwa Food II

Cześć :)

W dalszym ciągu pozostajemy przy jedzeniu, ale przejdę teraz do dań podawanych podczas lunchów i kolacji. Na początku opiszę potrawy mięsne, które pojawiały się na pre i post campie, ale nie pojawiały się gdy były turnusy dla dzieci.  


Pierwszą potrawą, o której chcę pisać to łosoś, po angielsku salmon. Łosoś był marynowany, a potem upieczony na grillu. Podawany był z cytryną. Tamtego wieczoru kiedy pierwszy raz było takie jedzenie to z takich dodatków, (które dla nas są normalną częścią obiadu) były ziemniaki, tutaj akurat pieczone i szparagi. Wspaniałe połączenie, które mniej więcej tak wyglądało:

Źródło: allrecepies.com

Kolejną potrawą,która była wtedy podawana to steki z wołowiny, po angielsku po prostu Beef. Jeśli chodzi o wołowinę to nie ważne dla mnie w tym momencie było samo przyrządzania, ale pieczenie samej wołowiny. Podczas tamtego wieczoru było przygotowane specjalne stanowisko z podgrzewaczem, gdzie szef kuchni Kyle, kroił wołowinę i smażył pokrojone plastry. Każdy po kolei podchodził i mówił jak wysmażony stek sobie życzy i taki miał podany. I tak jak w przypadku łososia ziemniaki i szparagi do tego.


Źródło: twwardyszparag.pl 
Kolejną potrawą są krewetki. Akurat krewetki nie były jakoś specjalnie przygotowywane czy marynowane. Smażono je w głęboki tłuszczu jak wiele innych potraw i podobnie jak te, które co jakiś pojawiają się w polskich McDonalad'ach.


Źródło: mojegotowanie.pl

Kolejną potrawą, którą chcę opisać jest BBQ Chicken, kurczak barbecue jest to kurczak zamarynowany w sosie barbecue. W takiej marynacie muszą pozostać przez kilka godzin, a później był grillowany. 


Źródło: bonappetit.com
Następną potrawę, którą chce dzisiaj opisać to Ribs, czyli nasze polskie żeberka. W USA przeważnie były grillowane, a wcześniej marynowane w sosie barbecue. Były robione z wieprzowiny.


Źródło: Wikipedia

Kolejną potrawę, którą chce opisać to spaghetti with meatballs. W tłumaczeniu jest to spaghetti z kulkami mięsnymi i sosem. Sos wydaje mi się standardowy pomidorowy a w nim pływały kulki mięsne. Kulki mięsne były są bardzo podobne do naszych pulpetów, klopsów lub innych tego podobnych rzeczy. Były również dni kiedy kulki mięsne jadło się w bułce sub w formie kanapki.


Źródło: Wikipedia

Następną potrawą, o której napisze są hamburgery, a raczej hamburger bar. Nazywałam to w taki sposób, ponieważ każdy sam tworzył takiego hamburgera jakiego chciał. Do wyboru były: bułki, kotlety z wołowiny, kotlety z kurczaka, kotlety wegetariańskie i smażona cebulka. Do tego można było dołożyć sobie pomidora, sałatę, ser żółty. Zwykle hamburger bar na campie mieliśmy we wtorki kiedy posiłek był tylko dla kuchennego staffu, bo dzieci jadły gdzieś na zewnątrz. 

Hot dog to kolejną potrawa, którą chce opisać. Właściwie każdy sobie robił takiego hot-doga jakiego chciał, podobnie jak z hamburger bar. Były podłużne bułki, różne rodzaje kiełbasek, ogórek konserwowy, prażona cebulka i oczywiście musztarda i keczup.


Źródło: Wikipedia
Następną "kanapkowatą" potrawą, o której chcę napisać jest Italian beef. Jest to kanapka z wąskimi plastrami wołowiny, cebulką, słodką zieloną papryką i sosem.


Źródło: Wikipedia
Bardzo podobną do Italian beef są kanapki sub. W Polsce można je kupić w Subway'u, który robi się chyba coraz bardziej popularny. Na campie można było sobie włożyć wszystko co się chciało. Wybieraliśmy sobie rodzaj mięsa i wybrać warzywa takie jak: sałata, pomidor, cebula no i oczywiście ser.


Źródło: Wikipedia

Chciałabym teraz napisać o potrawie zwanej fish and chips, którą pewnie każdy z Was niejednokrotnie słyszał. W Wisconsin nazywają ją fish fry, co jest bardziej adekwatne, bo chcę mówić o samej rybie. Ryba podobnie jak u nas w panierce, smażona w głębokim tłuszczu i podawana z cytryną. Oczywiście do ryby można było sobie dobrać frytki.


Źródło: Wikipdia

Następną potrawą jaką chce opisać jest Fajita. Jest to meksykańska potrawa, w której skład wchodzi grillowane mięso, a podawane jest na kukurydzianym lub pszennej tortilli. Podawana jest z papryką, cebulą, pomidorami, guacamole, sosem salsa lub kwaśną śmietaną.   

Źródło: Wikipedia


Kolejną popularną potrawą było tacos. Tacos tak jak Fajita jest daniem kuchni meksykańskiej. Składa się z tortilli kukurydzianej, mięsa wołowego, cebuli,sałaty i pomidorów. Można było do tego dodać guacamole, sos salsa lub kwaśną śmietanę.


Źródło: Wikipedia

Następna potrawa, która jest też znana u nas to chicken nuggets. Był podawane z sosami barbecue, słodko-kwaśnym, śmietanowym, musztardowy lub miodowo-musztardowym.


Źródło: Wikipedia
Kolejną potrawą, o której chciałabym napisać kilka słów to indyk. Indyk jest tradycyjną potrawą w Stanach podczas święta Dziękczynienia. Jednakże w innych dniach też jest tam podawany. My mieliśmy wersję do wyboru z sosem albo z żurawiną.


Źródło: Wikipedia

Następna potrawa, którą chce opisać jest nazywana w Stanach Zjednoczonych: meatloaf, a u nas jest znana jako pieczeń rzymska. Jest to mięso wymieszane z przyprawami i chlebem/bułką. Jest podawana z różnego rodzajem sosu lub keczupem.


Źródło: Wikipedia



Kolejna potrawa, którą chcę opisać również jest u nas znana. Mianowicie jest to gyros. Jest to grecka potrawa i składa się z mięsa podawanego w pieczywie pita lub kanapce razem z pomidorem cebulą i sosem tzatziki.


Źródło: Wikipedia

Ostatnią potrawą jaką chciałam tutaj zaprezentować jest smażony kurczak (z ang. fried chicken). Co tu dużo mówić jest to kurczak w panierce smażony na patelnia albo w głębokim tłuszczu.


Źródło: Wikipedia


CDN...